Wczorajsza sesja z Coachem znowu prowadziła mnie do wydarzeń z 6 maja 2001. Jeszcze nie doszłyśmy, a ja nie chce o tym mówić. Tym nie mniej ustaliłam, że potrzeba kontroli wynika z braku zaufania do ludzi. A ten brak spowodowany jest tym, że ktoś mnie kiedyś zawiódł. Jestem w ciągłym pogotowiu/oczekiwaniu na katastrofę, żeby nic mnie nie zaskoczyło. Z tego wynikają kolejne zachowania: irytacja błędami pracowników, pomimo, że pracują tak jak mogą, stosownie do swoich kompetencji i nie mogę im zarzucić, że się opieprzają. Ale każda taka sytuacja zabiera mi uwagę i siły na ewentualną ewakuację,ucieczkę gdyby to na co czekam się ziściło. Wiem, że mają dobre intencje, a mimo to irytuje się.
Czy ufam sobie?
Czy wiem, że mam na tyle siły, żeby się podnieść/przeżyć trudne sytuacje?
Czemu nie ufam ludziom? Czy to mnie ma ochronić przed trudnymi sytuacjami?
Zadanie: być tu i teraz.
Jak się z tym czuję? Jak to
wpływa na moją pracę? Relacje ze współpracownikami?