Trochę minęło od ostatniego wpisu więc w telegraficznym
skrócie minione 100 dni.
Koncerty
Zaczęło się od Anny Marii Jopek, która ukołysała nas
swoim szepcącym śpiewem (luty). Pani
Ania na czerwonej sofie w czerwonych szpilach.
Potem w marcu koncert Anity Lipnickiej & The Huts –
był luz, zero spinki, że są artystami, po prostu spotkali się z nami, żeby się razem
bawić przy ich muzyce.
Na koniec kwietnia koncert Doroty Miśkiewicz z 12 świetnymi
polskimi pianistami w NOSPR: dużo dobrego jazzu, zabawy – uczta duchowa, której
bardzo potrzebowałam na ostatniej prostej w pracy.
Rodzinnie
Bez zmian tj. żadnych spotkań ze szwagierką, omijamy się szerokim
łukiem, chociaż z chrześnicą kontakt jest. Na urodziny opłaciliśmy jej zorganizowane
urodziny dla kolegów i koleżanek z klasy. Niewiele brakowało, żeby nic z tego
nie wyszło, bo szwagierka znowu chciała, żeby jej wizja była realizowana. Ostatecznie
to chrześnica zdecydowała co i gdzie chce mieć zorganizowane. Na kawę urodzinową
nie poszliśmy mimo zaproszenia. W weekend majowy młoda była u nas przez 3 dni:
był aquapark, Wrocław i krasnale.
Poza tym 1 maja rozpoczęliśmy sezon żeglarski na pobliskim
zbiorku w towarzystwie W. i H.
Drugi weekend maja spędziliśmy w stolicy – spotykaliśmy się
z parą, z która będziemy żeglować w Chorwacji. Oprócz spotkania z nimi był Teatr
Rampa ( piątek wieczorem), Opera Kameralna i Wesele Figara Mozarta (sobota
wieczorem). Jeszcze nigdy tak się nie śmiałam na operze, która jest utworem
dramatycznym i nie kończy się happy endem. U Mozarta było inaczej. Pogoda
dopisała. W zasadzie do hotelu wpadaliśmy ok.22-23 żeby się odświeżyć, wyspać i
zjeść śniadanie. Pokój mieliśmy na 12 piętrze więc widoki wieczorne na centrum
stolicy niezapomniane.
W międzyczasie firma położyła nam kostkę brukowa na
drodze i chodniku przed domem. Poszło bezboleśnie, a firma profesjonalna:
zrobili porządnie, zgodnie z ustaleniami, w terminie i nie zostali po sobie bałaganu.